baila-conmigo blog

Twój nowy blog

Zabawne. Jak jedna, niby niepozorna decyzja moze zmienic cale twoje zycie. Przynajmniej teoretycznie. Ale tak sie w zasadzie stalo. Jakby ktos obrocil moje zycie do gory nogami. Ale o dziwo wcale nie jest mi w tej pozycji niewygodnie. Wrecz przeciwnie, jakby tak wlasnie mialo byc. Jakby to, co jest nowe i calkowicie obce bylo czyms najoczywistszym na swiecie. Ze nawet nie trzeba sie specjalnie dopasowywac, bo jest to tak naturalne, jakbysmy zyli z tym od zawsze. Naprawde zabawne. Uwielbiam paradoksy. Przynajmniej w tym zakresie.

I jestem szczesliwa, naprawde. Pierwszy raz od… nie pamietam kiedy. Po raz pierwszy mam wrazenie, ze wszystko uklada sie tak, jak powinno. To znaczy, zawsze znajdzie sie cos do poprawy, ale w porownaniu do tych wspanialych rzeczy, jakie mnie spotykaja, te gorsze nie maja zadnego znaczenia. Po raz pierwszy mam wrazenie, ze po cos jednak warto zyc. Ze umierajac moglabym stracic cos bardzo waznego. Tak samo jak stracilabym to, gdyby nie ta jedna, jedyna niby niepozorna decyzja. Z tym, ze wtedy nie wiedzialabym co trace. Ale jezeli kiedys bym sie dowiedziala? Chyba nigdy bym sobie tego nie wybaczyla.
Ale nie ma co gdybac. Jest cudownie. Teraz. Nie mysle o przyszlosci, bo wiem, ze przed nami wiele wspanialych chwil i reszta mnie nie obchodzi. I tak rzadko w ogole mysle o przeszlosci, ze… az sie sobie dziwie. Ale ciesze sie. Zamykanie pewnych zamierzchlych spraw czasem naprawde sie przydaje. Nareszcie moge isc do przodu, bez wrazenia, ze ciagne za soba kule u nogi.
Usmiecham sie. Usmiecham sie do walizek na kolkach, usmiecham sie do dziur na drogach, do latania ponad podloga, do jesiennych lisci, do wspolnych wykladow, do wspolnych porankow, do jego zapachu na mojej poscieli, do wschodu slonca i chinczykow na lodce, do wielkich bluz, zmarznietego posladka na piasku, kwiatow we wlosach, do podskokow na ulicy, do wspolnych posilkow, smyrania noga, przytulania do piersi, zwijania sie ze smiechu z powodu laskotania w celu szantazu, nutelli na plecach, jego koszulek na moim ciele, wspolnych spacerow za reke, do pierscionka, do wielogodzinnych rozmow przez telefon, bukietow w serwetkach, wyznan milosci pod poduszka, do… moglabym tak dlugo.
A, nie, ja sie nie usmiecham. Ja sie smieje jak glupia. A slowo wspolne i jego odmiany jest najpiekniejszym na swiecie. Choc i tak nic nie przebije kocham Cie. Najszczersze w calym wszechswiecie nawet. Warto bylo tyle przecierpiec. I dotrwac. Dziekuje sobie, ze dalam sobie kolejna szanse. Ze zyje. Nareszcie ten fakt mnie niesamowicie cieszy. I cala reszta jest niewazna.
„Nazwisko, imię, imię ojca
data, NIP, Pesel, przebyte choroby
adres, zawód -
nie pamiętam.

Przed tobą na pewno nie istniałam”. K. Gucewicz

stoje na rozwidelniu drog. i nie wiem, w ktora strone isc. kusi mnie, aby pojsc po wyboistej sciezce, zarosnietej, pelnej tajemniczosci i niewiedzy. ale umysl uparcie twierdzi, ze mam odbic w druga, bezpieczna strone. moje nogi poszly juz w roznych kierunkach, pewnie zrobilabym szpagat gdybym umiala. zimno mi. a potem serce przyspiesza, dostaje rumiencow, robi sie cieplej. jestem zmiennocieplna uczuciowo. nie potrafie sie zdecydowac. nie pierwszy juz raz. ogrom tego wszystkiego mnie przeraza. D E C Y Z J A. to cos, z czym nie umiem sobie poradzic. jak zawsze.
zatracam sie w swej bezradnosci. oczekuje, ze wszyscy inni podejma za mnie decyzje, ale niestety. brak chetnych na horyzoncie. jak zawsze. ale nie dziwie sie w sumie. ciezko by bylo brac odpowiedzialnosc na swoje barki za cudze zycie. tez bym nie podolala. ale ja nic nie umiem. nic, nic, nic. pustka. znow. po raz kolejny. coraz czesciej zastanawiam sie: czy to juz? ale zawsze cos stoi mi na przeszkodzie. albo sobie to wmawiam, bo jestem tchorzem. nie przecze. mozliwosci jest kilka. co najmniej.
w ogole znow sie wszystko posypalo, a KTOS probuje to dzielnie wszystko posklejac. ale ja… nie wiem. nie wiem, czy jest sens jakikolwiek. i tak znow sie wszystko rozsypie. jest mi milo, ale… nie wiem, po prostu. brakuje mi tego, ale boje sie, ze znow kogos wykorzystuje. a ja nie umiem kochac, nie umiem czuc. jedyne, co czuje, to smutek i bol. nie umiem byc wylewna. szkoda. bo potrzeby mam ogromne, ale wklad wlasny zerowy. chcialabym zniknac, naprawde. wszystko by sie wtedy ulozylo. byloby prostsze. dla innych. mnie by juz nie bylo, wiec wszystko jedno. ale ulga z pewnoscia by sie pojawila.
pustynia mysli i uczuc. suchosc. niedobor. odwracam sie od krysztalowych jezior i soczystych lasow. odwracam sie od pasowiejacego od slonca nieba, od chmur klebiastych, od cykania konikow polnych. znow sie zamykam. choc na zewnatrz sie usmiecham. pozory po raz trzeci – sprzedane.

nic juz nie rozumiem.
oh, baby it’s a wild world

„tired of lying in the sunshine staying home to watch the rain.
you are young and life is long and there is time to kill today.
and then one day you find ten years have got behind you.
no one told you when to run, you missed the starting gun.

and you run and you run to catch up with the sun but it’s sinking
racing around to come up behind you again.
the sun is the same in a relative way but you’re older,
shorter of breath and one day closer to death.”

niby wszystko sie posypalo, ale to znaczy, ze czas ruszyc z miejsca i isc w inna strone. tamta droga widocznie prowadzila do nikad. tylko czy teraz pojde w dobra strone?

zawsze zastanawialam sie, ile jestem w stanie wytrzymac. ile rzeczy musi sie zawalic, bym kompletnie sie zalamala. bym pekla i nastapilby koniec. i zawsze wydawalo mi sie, ze wcale nie potrzebuje do tego tak wiele. ze jestem slaba psychicznie.
ale otoz sie okazuje, ze zyje. ze trzymam sie w calosci, mocno odrapana i zmeczona, ale jestem. istnieje, egzytuje. oddycham waszym powietrzem, patrze na wasz swiat, stapam po waszej ziemi. a juz tyle planow obmyslilam, by to wszystko sie skonczylo. zadnego nie wcielilam w zycie. nawet zabawne to stwierdzenie – mowa o zyciu przy niezyciu.
niby nic dziwnego, w koncu jestem tchorzem, ale… zawsze cos mnie ratowalo z tej bezdennej, czarnej otchlani. nawet niewielka, z pozoru niewinna rzecz miala taka sile, by dzwignac mnie do gory, bym znow mogla wstac i isc.
a moze sobie to wszystko tylko wymyslilam? moze to sie nie dzieje naprawde? moze uparcie czegos szukam? sama nie wiem. w obecnym etapie zycia jedyne, co moge stwierdzic to: wiem, ze nic nie wiem.
na dzien dzisiejszy… chyba sobie radze ze swoja psychika. tzn, tyle o ile. ale pracuje nad tym. na szczescie niewiele jest rzeczy, ktore mnie rozpraszaja i od tego odciagaja. zdarza mi sie jeszcze czasem myslec o nim, o nich… ale tym razem nie bede starala sie tego wyrzucac, bo to zawsze wraca. teraz sie z tym oswoje. tak jak oswoilam sie ze swoim nowym uczuciem. miloscia? tego nie wiem. to pojecie dla mnie kompletnie abstrakcyjne i niepojete, w duchu jednak marze, aby to bylo to.
bo to chyba jedyne w tym momencie, co mogloby mnie dzwignac do gory, bym znow mogla wstac i isc, kiedy upadne.

no i nie zniknal. krazy miedzy zakamarkami pamieci, drazy dziure w podswiadomosci, przecieka miedzy chwilowymi pragnieniami a stalymi potrzebami.
znika natomiast uczucie. inne. budowane iles czasu. rozmywa sie, rozdmuchuje na wietrze. plowieje. swiat szarzeje. roztrzepana glowa, zatwardziale serce. brak rozumu. silna potrzeba czegos, co nieosiagalne. co koloruje swiat, otoczenie. co radosnie bije w piersiach. rozluznia zmysly, miesnie, cale spojrzenie dookola. cicha rozmowa ze soba, skrywane tajemnice i potrzeby. potrzeba latania. wyrwania sie z lancuchow, rozejmocjonowana hustawka zycia. i deszcz. niczym zimny prysznic. stesknienie. brak emocji. obojetnosc, martwica zwyklego chcenia. negacja. bol fizyczny i psychiczny. choroba. zamkniecie. klaustrofobia. znudzone oczy, znudzone napiecie. oczekiwanie. bez celu. bez sensu. bez ladu i skladu. paznokcie wydrapujace sciane z betonu. syzyf. nostalgia. nie umiem. nie chce. nie wiem. boje sie. nie rozmawiam. uciekam. nie lece. przywieram calym cialem do zimnego betonu. nie lece. nie lece, wciaz leze. wsiakam w nicosc. rozpadam sie. wysuszona. zmartwiona. zgarbiona. niepocieszona. niechciana.
historia lubi sie powtarzac.

kurwa mac, zniknij wreszcie z mojego zycia idioto

rycze. po raz pierwszy od x czasu rycze, czuje cokolwiek. jest mi niedobrze, mam ochote wyrzygac sie na caly swiat. mam ochote krzyczec, az rozerwie mi pluca i wszystkie wnetrznosci.
mam ochote zniknac

tak, jest 3 nad ranem a ja nie spie. obudzilam sie i po prostu zrobilo mi sie tak niedobrze, ze czekam w pogotowiu do lazienki. jak widac wymioty wzmagaja wene i kreatywnosc (?).

dawno tu nie pisalam. nawet nie potrafilabym skrocic tego, co wydarzylo sie u mnie od ostatniej notki. nie z powodu nadmiaru wrazen, a raczej z powodu ich braku. zwyczajnie nie mialabym o czym pisac.
dzisiaj dowiedzialam sie, ze zdalam ostatni egzamin z tamtego semestru, wiec mozna rzec, ze mam czyste konto. moge teraz zupelnie skupic sie na drugim semestrze. lubie czuc, ze cos jest za mna i nie bedzie sie ciagnac jak smrod po gaciach. bylo. minelo. oddycham z ulga.

nastapila u mnie zupelna martwica i obojetnosc. nie obchodzi mnie prawie nic. bez emocji przechodze od nastepnego etapu zycia do drugiego. mam wrazenie, jakbym tylko ogladala film o sobie, siedzac wygodnie na fotelu widza. jakby to wszystko mnie nie dotyczylo. a to przeciez wciaz ja, moje decyzje, moje rany i sukcesy. jakos tego nie odczuwam. jakbym byla kims innym. ide sobie obok siebie, przygladajac sie uwaznie, nasluchujac mniej lub bardziej madrych glosow. jednym uchem je wpuszczam a drugim wypuszczam. albo rozpamietuje. analizuje. i odchodze z niczym. znow okazuje sie, ze to wszystko nie ma najmniejszego sensu.

biernosc. niewiedza. obojetnosc. zupelnie mi to pasuje! nareszcie. koniec zamartwiania sie o to, co powiedza/pomysla o mnie inni. w dupie z wami. nadszedl nowy czas, nowa era. jestem silna, bez emocji.

(…)Eye on what i’m after
I don’t need another friend
Smile and drop the cliche
‚Till you think I’m listening
I take just what I came for
Then I’m out the door again

Peripheral on the package
Don’t care to settle in
Time to feed the monster
I don’t need another friend
Comfort is a mystery
Crawling out of my own skin
Just give me what I came for,
then I’m out the door again

(…)

nie moglam inaczej postapic. musialam wyobrazic sobie twoja smierc, by zlagodzic ten cholerny bol. nie wiem czy to prawda czy nie, ale nie dales mi innej mozliwosci. pochowalam cie w moich myslach, pochowalam w sercu wszystkie uczucia jakiekolwiek moglam do ciebie zywic. koniec. nareszcie. dlugo to trwalo, ale zmierzam w dobrym kierunku. jestem troche poobijana, ale to minie. wszystko mija. nie ma czasu ogladac sie za siebie. to, co bylo juz nie wroci. trzeba myslec o przyszlosci. przystosowywac sie do nowej sytuacji, do innych warunkow, aby nie zginac. w koncu wytrwaja tylko najsilniejsi. ja do takowych nie naleze, wiec musze sie wzmacniac. musze wygrac ta walke. musze wygrac wszystkie walki jakie mnie jeszcze czekaja. musze wygrac zycie.

widzialam samotna rekawiczke, widzialam bezbronna mysz i jezioro w ksztalcie serca. moge krzyczec. musze krzyczec. by wyrzucic wszystko, by poczuc ulge. nie bede sie wstydzic tego, ze cierpie. the heart that hurts is the heart that beats…

klaustrofobia. ciasnota umyslu. ciasnota uczuc. pulapka. zimny pot, niekontrolowany uklad nerwowy. autobusy, windy. rozpacz. niezrozumienie. powolne umieranie. i doslownie i w przenosni. ale to jeszcze nie teraz. to jeszcze nie jest dobry moment.

jak to spiewa kaminska w znanym serialu
powieki
sa po to by nie patrzec
jak odchodzisz
na zawsze

pora je zamknac.

osiagnelam to, co chcialam. zamknelam kolejny etap w moim zyciu, odizolowalam sie. co prawda zostaly jeszcze niedobitki, ale to moze nawet lepiej, wyjatki potwierdzaja moja regule.

lubie latac. kacikami oczu rozmazuje wszystko, co sie dzieje dookola mnie. patrze przed siebie. w pluca kradne dzien dzisiejszy, wydycham dzien wczorajszy. spuchnietymi palcami rozklejam niebo, rozdrapuje resztki slonc z zakamarkow. to wszystko moje, moje, moje. przesycona egoizmem, lece dalej.

ale czasem czuje bol. bol, rozrywajacy klatke piersiowa, wszystkie wnetrznosci. on karmi sie wspomnieniami. wspomnieniami o ludziach, ktorzy byli dla mnie wszystkim, ale ja bylam dla nich nikim. lecz… moze ten bol po cos jest? moze to on pokazuje mi, jakich ludzi unikac? moze wzmacnia mnie do nastepnej walki z innymi? ciezko to ocenic osobie slabej, wykonczonej milionem bitw z innymi i z sama soba. ale bol kiedys minie, a ja bede wiedziala, co dalej robic.

I’m off to see the doctor
I hope she has a cure
I hope she makes me better
what does that even mean?
we don’t know.


  • RSS